"My,Dzieci z Dworca Zoo"
ROZDZIAL XLII
MATKA CHRISTIANE
Przez cały dzień z trudem udawało mi się panować nad sobą. W drodze powrotnej do Berlina
wypłakałam z siebie całe napięcie ostatnich tygodni. Byłam smutna, ale jednocześnie czułam ulgę.
Smutna, bo musiałam oddać Christiane. Ulżyło mi dlatego, że w końcu oderwałam ją od heroiny.
Nareszcie przynajmniej raz w życiu miałam pewność, że zrobiłam dobrze. Co najmniej od czasu
niepowodzenia z leczeniem w Narkononie zrozumiałam, że Christiane ma jakieś szansę przeżycia tylko
wtedy, jeśli znajdzie się gdzieś, gdzie nie ma heroiny. Kiedy mieszkała z ojcem, a ja przez ten czas
uspokoiłam się trochę i nabrałam dystansu do sprawy, coraz jaśniej zaczęło do mnie docierać, że w
Berlinie Christiane całkiem zejdzie na psy. Wprawdzie mój były mąż zapewniał mnie, że Christiane
przestała już cokolwiek brać, ale nie byłam już taka łatwowierna. Nigdy bym nie przypuszczała, że mogę
się jeszcze bardziej bać o życie Christiane niż dotychczas. Ale po śmierci Babsi, jej koleżanki, nie miałam
już ani jednej spokojnej chwili.
Z miejsca chciałam wysłać Christiane do krewnych w Niemczech zachodnich. Ale jej ojciec mi
przeszkodził. Ponieważ Christiane teraz z nim mieszkała, załatwił sobie tymczasowe uprawnienia
opiekuńcze z prawem decydowania o miejscu pobytu córki. Moje prośby na nic się zdały. Nie chciał
zrozumieć. Może dlatego, że nie miał za sobą moich doświadczeń. A może nie chciał się przyznać do
porażki.
W tym też czasie przesłano mi akt oskarżenia przeciwko Christiane. Miała mieć proces o
naruszenie ustawy o środkach odurzających. Pani Schipke z działu narkotyków uprzedziła mnie o tym
telefonicznie. Na pocieszenie powiedziała, że nie mam co sobie robić wyrzutów z powodu Christiane.
Każdy narkoman sam przecież decyduje o tym, co robi. Dodała, zezna wielu narkomanów z dobrych
rodzin. Oni też mają stanąć przed sądem. Nie powinnam się zadręczać.
Byłam nieprzyjemnie zaskoczona, że w akcie oskarżenia jednym z dowodów przeciwko Christiane
jest paczuszka heroiny, którą znalazłam kiedyś u niej w pokoju. Ze zdenerwowania zadzwoniłam wtedy
do pani Schipke. Kiedy pani Schipke obłudnie poprosiła, żebym przesłała jej tę paczuszkę do analizy, to
oczywiście nawet przez myśl mi nie przeszło, że zostanie to kiedyś wykorzystane przeciw Christiane.
Schipke powiedziała nawet: - Proszę nie pisać nadawcy, wtedy nic nie będzie można udowodnić.
Nie wydaje mi się słuszne, żeby młodzi ludzie, tacy jak Christiane, dostawali wyroki z powodu
swojego nałogu. Christiane nic nikomu nie zrobiła. Niszczyła tylko samą siebie. Kto może za to sądzić?
Nie mówiąc o tym, że jak wiadomo, jeszcze żaden narkoman się w więzieniu nie wyleczył.
Akt oskarżenia był dla mnie jeszcze jednym powodem, żeby wysłać Christiane do Niemiec
zachodnich. Nagle zrobiłam się zdecydowana jak nigdy. Poszłam do sądu opiekuńczego i szczegółowo
wyjaśniłam im całą sytuację. Po raz pierwszy ktoś w urzędzie uważnie mnie wysłuchał. Kompetentny w
tych sprawach pracownik socjalny, pan Tillmann, również uznał, że Niemcy zachodnie będą najlepszym
miejscem dla Christiane. Obiecał też zająć się sprawą miejsca w ośrodku terapeutycznym, ponieważ
trudno przewidzieć, ile potrwa ponowne uzyskanie przeze mnie prawa decydowania o miejscu pobytu
Christiane. Na razie łatwiej mu będzie wymóc na moim byłym mężu zezwolenie na pobyt Christiane w
ośrodku. Zgodziłam się z tym. To nie były puste przyrzeczenia. Widziałam, jak bardzo pan Tillmann
zaangażował się w całą sprawę.
Niedługo po mojej rozmowie z panem Tillmannem ni stąd, ni zowąd, w któreś popołudnie zjawiła
się u mnie Christiane. Właśnie znowu wróciła z poradni. Była kompletnie wykończona, naszprycowana
heroiną, mówiła coś o samobójstwie i „złotym strzale”. Najpierw postarałam sieją uspokoić i
zapakowałam ją do łóżka. Potem od razu zadzwoniłam do pana Tillmanna. Przyjechał natychmiast.
Wspólnie z Christiane ułożyliśmy konkretny plan: najpierw miała pójść na odtrucie do szpitala dla
nerwowo chorych. Następnie miała otrzymać miejsce w terapeutycznej komunie mieszkalnej. Taką
perspektywę przedstawiła jej poradnia. Poza tym pan Tillmann był w tej sprawie w stałym kontakcie z
ośrodkiem terapeutycznym.
Christiane na wszystko się zgodziła. Pan Tillmann błyskawicznie załatwił co trzeba. Poszłyśmy na
wizytę do psychiatry i do lekarza, który wydał skierowanie. Potem pan Tillmann pojechał z tym
skierowaniem do ojca Christiane I tak długo go naciskał, aż ten wyraził zgodę i mogłam zawieźć
Christiane do kliniki.
W dwa tygodnie później Christiane przeniesiona została do Szpitala im. Rudolfa Virchowa, gdzie
mieli jej zoperować polipa. Wychodziłam z założenia, że zagrożone narkomanią dziecko wyślą z Bonnies
Ranch pod nadzorem do szpitala na operację i na miejscu dalej o wszystko zadbają. A oni ją tam tylko
dostawili i koniec. Reszta ich nie obchodziła. Christiane bez przeszkód mogła się stamtąd ulotnić.
Byłam bardzo rozżalona z powodu tego niedbalstwa, które mogło wszystko popsuć.
Po tej sprawie straciłam resztę wiary w instytucje. Tylko ty sama możesz pomóc swojemu dziecku,
powiedziałam sobie. Pan Tillmann starał się mnie jakoś podtrzymać na duchu. Do niego miałam zresztą
nadal zaufanie.
Na szczęście Christiane niedługo wróciła. Już następnego dnia wieczorem przyszła się do mnie
wypłakać. Mówiła, że tak jej przykro z powodu tego wszystkiego. I, że znowu wstrzyknęła sobie heroinę.
Nie skrzyczałam jej nawet. Nie było już we mnie agresji. Jakże często dotąd z rozpaczy, że nie mogę jej
pomóc, wyładowywałam na Christiane całą moją wściekłość. Teraz, kiedy do mnie przyszła, objęłam ją
ramieniem i w spokoju ze sobą rozmawiałyśmy.
Christiane koniecznie chciała w dalszym ciągu realizować ten plan, który ułożyliśmy z panem
Tillmannem. Powiedziałam, że dobrze, będziemy, ale dałam jej jasno i otwarcie do zrozumienia, że jeśli
jeszcze raz narozrabia, to nieodwołalnie wysyłam ją do Niemiec zachodnich. Bardzo to sobie wzięła do
serca i dała mi słowo honoru.
Przez następne dni regularnie chodziła do poradni.
Rzeczywiście uczepiła się tej perspektywy leczenia. Czasami całe godziny czekała na swoją
kolejkę w poradni. W domu siadała i pisała życiorys potrzebny do dokumentów.
Wszystko wyglądało bardzo pięknie. Miejsce było już prawie pewne. Ustalono już, która komuna
terapeutyczna ją przyjmie. Rozmawiałyśmy nawet o tym, że na Boże Narodzenie nie będzie mogła wrócić
do domu. Bo to był już początek listopada.
Jej ojciec też już zrozumiał bezskuteczność swoich starań i nie robił trudności. Naprawdę coś tam
się już zaczynało rysować na horyzoncie. I akurat wtedy Christiane dostała drugi raz żółtaczki. W ciągu
jednej nocy gorączka podskoczyła jej do czterdziestu jeden stopni. Następnego dnia zawiozłam ją do
kliniki Steglitz. Christiane była żółta jak cytryna. Ledwie trzymała się na nogach i z trudem wlokła się
przez korytarz. Po zbadaniu lekarka powiedziała, że Christiane ma przekrwienie bierne wątroby w wyniku
nadużywania narkotyków. I, że niestety, ale nie mogą jej tu przyjąć, bo w tej klinice nie ma oddziału
zakaźnego. To nie była prawda. Mają taki oddział na dwadzieścia pięć łóżek. Tak naprawdę, to nie chcieli
mieć w klinice narkomanów. Tyle, że lekarka załatwiła nam przynajmniej przyjęcie w Szpitalu im.
Virchowa na następny dzień.
Po paru dniach Christiane znowu miała normalny kolor skóry. Wkrótce znowu była pełna wigoru i
cieszyła się, że idzie na leczenie. Jej opiekun z poradni dla narkomanów przy politechnice nawet ją
odwiedzał. Wspólnymi siłami podtrzymywaliśmy ją w jej zamiarach. Byłam zdecydowanie dobrej myśli,
jak rzadko.
Aż do dnia, kiedy Christiane odwiedziła jej przyjaciółka Stella. Mimo, że usilnie prosiłam siostrę
oddziałową, by dla dobra Christiane nikogo do niej nie wpuszczali pod moją nieobecność, chyba, że to
będzie ktoś z poradni dla narkomanów.
Popełniłam jednak niewybaczalny błąd przyprowadzając raz Detlefa. Christiane tak bardzo sobie
tego życzyła. Detlef wyszedł warunkowo z więzienia. W więzieniu przeszedł odtrucie. Też udało mu się
dostać miejsce w jakimś ośrodku terapeutycznym. Uważałam, że należy im się spotkanie. W końcu nie
byli sobie przecież obojętni. Pomyślałam jeszcze, że może jakoś umocnią się nawzajem w
postanowieniach, jak będą wiedzieli, że to drugie też idzie na leczenie. Jaka ja wtedy byłam naiwna.
Christiane od razu urwała się na całe popołudnie ze szpitala. Kiedy przyszłam do niej po pracy,
właśnie dopiero co wróciła. Widziałam po niej, że coś sobie wstrzyknęła. Samo to nawet by mną tak może
nie wstrząsnęło. Ale jak zaczęła mi wmawiać, że poszła tylko na spaghetti, czyli znowu kłamstwa, nogi
się pode mną ugięły.
Poprosiłam siostrę oddziałową, żeby mi pozwoliła zostać z Christiane. Chciałam zapłacić za łóżko.
Powiedziała, że to niestety niemożliwe. I, że na przyszłość sama już będzie uważać. W trzy dni potem,
kiedy znowu przyszłam po pracy w odwiedziny, siostra wyszła mi naprzeciw i oznajmiła:
- Pani córki nie ma.
- No tak, a mogę wiedzieć, gdzie jest? - zapytałam.
- Tego nie wiemy. Dostała zezwolenie na wyjście do parku i nie wróciła ze spaceru.
Trudno mi opisać, jak się wtedy czułam. W domu położyłam się w dużym pokoju przy telefonie.
Wieczorem, dwadzieścia po jedenastej, zadzwonili ze szpitala, że Christiane wróciła. Obojętność
pielęgniarek była oburzająca. One uważają tak: Jak chce uciekać, to niech ucieka. Jej sprawa. Miałyśmy tu
wystarczająco dużo narkomanów. Oni przecież wszyscy uciekają. Dokładnie tak właśnie ze mną
rozmawiały, jak następnego dnia zaczęłam robić im wyrzuty.
Lekarka też się tym za bardzo nie przejęła. Oświadczyła mi tylko, że nie ma już teraz na nic
wpływu. Jeśli Christiane jeszcze raz złamie regulamin, trzeba ją będzie zwolnić za brak
zdyscyplinowania. I, że punkcja wątroby wykazała, że jak nie skończy z nałogiem, to pożyje najwyżej do
dwudziestki. Obiecała przemówić jej do rozsądku. Nic więcej nie może w tej sprawie zrobić.
Następnego wieczora telefon ze szpitala, że Christiane znowu gdzieś wyszła. Całą noc spędziłam
na leżance przy telefonie. Christiane nie wróciła. Zniknęła na dwa tygodnie i nie dawała znaku życia.
Pierwsze dwa-trzy dni szukałam jej razem z moim przyjacielem. Zwykła trasa przez dyskoteki i
dworce metra. Potem musiałam zabrać jej rzeczy ze szpitala. Jak przyszłam do domu z jej torbą i
zaczęłam wypakowywać książki i wszystkie szpargały, które jej naprzynosiłam do szpitala, to po raz
pierwszy przyszedł taki moment, że powiedziałam sobie: Dobrze, w takim razie niech się z nią dzieje, co
chce.
Powiedziałam sobie: W porządku, jak tak, to niech się sama martwi. Przestaję jej szukać. Byłam
niesłychanie wzburzona. Chciałam, żeby poczuła, że moja cierpliwość się wyczerpała. Inna sprawa, że nie
wiadomo, jak długo bym z tym wytrzymała.
W najbliższym komisariacie zgłosiłam jej zaginięcie i zostawiłam policjantom jej fotografię. Już
oni ją przydybią w jakiejś obławie. Miałam zamiar wsiąść wtedy z Christiane w pierwszy samolot i
odtransportować ją do Niemiec zachodnich.
Po dwóch tygodniach, w któryś poniedziałek rano, dzwonią do mnie z komisariatu
Friedrichstrasse. Ten policjant, który dzwonił, był niezwykle miły. Mimo, że Christiane strasznie u nich
rozrabiała. Poprosiłam, żeby ją przetrzymał i, a ja wczesnym popołudniem przyjdę ją odebrać i zaraz
odstawię ją samolotem do RFN.
Zarezerwowałam dwa bilety. Dla siebie powrotny, w jedną stronę dla Christiane. Kiedy to
mówiłam, poczułam w sercu ukłucie. Potem zadzwoniłam do krewnych.
Po południu wszystko było już załatwione. Idąc na policję wzięłam jeszcze ze sobą mojego
przyjaciela. Pomyślałam, że jak będziemy we dwójkę, to nam nie ucieknie z samochodu.
Christiane nie odezwała się nawet słowem. Ja też nic nie mówiłam. Nie byłam w stanie.
Na lotnisku kolana mi drżały, serce czułam aż w gardle. Christiane dalej nic nie mówiła. W ogóle
nie zwracała na mnie uwagi. Aż do odlotu siedziała w milczeniu w fotelu, obgryzała paznokcie i czytała
książkę, którą wzięła ze sobą. Ani przez chwilę nie próbowała uciekać.
Odetchnęłam dopiero, jak już siedziałyśmy w samolocie. W czasie startu Christiane patrzyła przez
okienko. Było już ciemno. Powiedziałam do niej: - Skończyło się. Rozdział pod tytułem „narkotyki” jest
już zamknięty. Jedziesz do ciotki Evelyn. Mam nadzieję, że tam już naprawdę zaczniesz nowe życie..