mydziecizdworcazoo.klub.eblog.pl

Witajcie na stronie mojego klubu.. Jest on poświęcony książce oraz filmowi "My,Dzieci z Dworca Zoo" opartemu na faktach. Znajdziecie tutaj rozdzialy tej ksiazki, zdjecia z filmu oraz wiele innych informacji. ;)




Menu

O Mnie
O Klubie
Regulamin klubu
Jak wstąpić
Forum klubu
Zostań redaktorem



Ksiega gosci

..WPISZ SIE..


Licznik

Blog istnieje od 9.09.2007r.
Od dnia 17.02.2008 weszlo tutaj osob.

Kontakt ze mna

email: daruniapl@o2.pl

Linki

Inne ksiazki o narkomanach. [eBooki]


Archiwum

Rozdzialy "My,Dzieci z Dworca Zoo"



Filmy mojej roboty

Oczywiscie na wiadomy temat ,macie TUTAJ link do pierwszego filmiku. A TUTAJ do drugiego;] Natomiast TU wrzucilam scene z filmu, gdy Christiane po raz pierwszy wstrzykuje sobie heroine..

Opinie o ksiazce

Detlef R.: Bardzo się cieszę, że wydano tą książkę. Dzięki niej dowiedziałem się więcej o mojej dziewczynie i.. o mnie,chociaż niektóre fragmenty strasznie mnie wkur*iły

Matka Christiane: Oczy sobie wypłakiwałam przed tą książką. Dopiero teraz, po jej przyczytaniu, lepiej zrozumiałam cierpienia Christiane.

Ojciec Christiane: Okropnie się zawstydziłem czytając relację córki. Żałuję, że bylem dla niej takim niedobrym ojcem

Siostra Christiane: Wstyd się przyznać, ale przed przeczytaniem tej książki trochę nienawidziłam Christiane. Niszczyła zdrowie i mamie, i tacie. Dopiero po "My, dzieci.." moja nienawiść zamieniła się w miłość, tak jak to było dawniej.

Kessi: Szokujące, co też Christiane ze sobą robiła. Najbardziej uderzyło mnie, że w książce Christiane daje jasno do zrozumienia, że to wszystko zaczęło się ode mnie. Nie mogę sobie z tym poradzić.

Lauren (koleżanka Christiane ze szkoły w Berlinie): Jeszcze nigdy nie czytałam czegoś tak strasznego. Zawsze uważałam: ćpunka=trędowata i trzymałam się jak najdalej Christiane. Jej relacja otworzyła mi oczy.

Rosie (koleżanka z nowej szkoły Christiane) : Wiedziałam, ze nasza nowa koleżanka ma niezłe doświadczenie i przeżyła szkołę życia, ale nigdy bym nie pomyślała, że była narkomanką! Kiedy przyczytałam tytuł książki i to, co pisze pod spodem (szokująca relacja piętnastoletniej narkomanki z Berlina Zachodniego) oczy miałam jak spodki, a kiedy zobaczyłam na drugiej stronie "jako dwunastolenia dziewczynka.." myślałam, że padnę!

H.L (narkoman z dworca ZOO) : Znałem Christiane z widzenia i zawsze wydawała mi się fascynująca dziewczyną. Po przeczytaniu książki ta chęć jeszcze bardziej się wzmogła.


Dalsze losy Christiane F. i Detlefa..

Dzisiaj Christiane F. nadal zyje i ma sie dobrze;] Mieszka w Neukolln wraz z synkiem Janem Nikolasem. Ojciec jej dziecka jest gdzie indziej, poniewaz stwierdzil, ze nie jest jeszcze gotowy na zalozenie rodziny (jest od Christiane mlodszy o 10 lat). Christiane przechodzila wiele odwykow, ale i wracala do narkotykow, nawet po wydaniu tej ksiazki.. Na jakis czas rzucila narkotyki w 1998, kiedy zaszla w ciaze i urodzila synka.. Obecnie Christiane ma 44 lata, jednak wrocila do cpania (ale ten czas szybko leci..)
Detlef zyje w Berlinie wraz ze swoja dziewczyna i jest kierowca autobosow. Niby jest "czysty" od paru lat, jednak powiedzial,ze CZASAMI zdarza mu sie zapalic hasz. W jednym z wywiadow stwierdzil, ze tak naprawde nigdy nie kochal Christiane, poniewaz laczyly ich tylko narkotyki.. Jednak w ksiazce i filmie widac zupelnie co innego.. Jedno jest pewne - Christiane naprawde go kochala.. Byli ze soba jeszcze po wydaniu ksiazki, nie wiem kiedy dokladnie sie rozstali.. Troche szkoda..


Zdjecia

DWORZEC ZOO

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

BUNDESPLATZ
(to tutaj,w lazience,Christiane probowala sie zabic..wstrzyknela sobie za duzo heroiny,ale na szczescie przezyla..)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

ZDJECIA Z FILMU

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

ZDJECIA Z KSIAZKI
(pamietajcie,ze wszystkie dotycza prawdziwych osob,prawdziwych zdarzen..)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Atze-przedawkowal..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Rysunki Babsi,ktore przesylala Stelli,gdy byla na odwyku..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Babsi-przedawkowala..(byla najmlodsza ofiara heroiny w Berlinie Zachodnim..Miala zaledwie 14 lat..)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Lufo-przedawkowal..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Detlef w wiezieniu..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Detlef na zarobku na Dworcu Zoo..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Stella (siedziala w wiezieniu za prostytucje i narkotyki..Nie wiem,czy ona jeszcze zyje..)

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Sound..

PRAWDZIWE ZDJECIA CHRISTIANY..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

CHRISTIANE TERAZ..

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us




Redaktorzy

shellie.eblog.pl



Szablon

Klub załozony na serwerze eBlog.pl
Grafikę&html wykonała właścicielka klubu Daria,tylko i wyłącznie na potrzeby klubu! Nie kopiowac!!!

» 15:54, 2008.08.21
Powrot do nalogu.


W Niemczech znowu jest glosno o Christiane F. Dlaczego? Po 30 latach od czasu zerwania z nalogiem, Christiane zaczela znowu cpac. Zabrano jej syna… :/ Ogladalam w zeszlym tygodniu reportaz o Christiane w wiadomosciach. Normalnie az sie poplakalam. Pokazywali wszystko. Dworzec Zoo itd. Byl tez wywiad z jej mama. Pierwszy raz ja widzialam. Mowila, ze zawsze byla obecna dla swojej corki, ale ze w chwili obecnej ma juz dosyc. Teraz Christiane musi sobie sama poradzic z nalogiem. Jej synek aktualnie przebywa w „Wohngruppe“. To cos w stylu pogotowia opiekunczego. Nie zanosi sie na to, zeby w najblizszym czasie Christiane go odzyskala. Ludzie zalamuja rece. A pieniadze na narkotyki Christiane ma ze sprzedazy ksiazek “My Dzieci z Dworca Zoo”... Mam nadzieje, ze wkrotce przestanie cpac, chociaz szczerze w to watpie.. :/ Po tylu latach znowu.. Brak mi slow.. PS. Dziekuje za wszystkie wpisy w ksiedze gosci i za maile. Nie pytajcie mnie caly czas czy moge wrzucic ten film na strone. Nie ma takiej mozliwosci. Mozecie go sciagnac ARESEM. Albo po prostu kupic lub wypozyczyc. ;)


» 14:16, 2008.04.06
Kilka slow.


Wielu fanow ksiazki "My,Dzieci z Dworca Zoo" pisze do mnie maile. Prosicie, zebym dodala ten film na strone, niestety to jest niemozliwe. :( Jednak jesli kogos interesuja inne ksiazki o narkotykach, wrzucilam pare eBookow na strone, ktorej adres macie obok w linkach.

Pozdrawiam wszystkich odwiedzajacych te strone. ;*


» 18:36, 2008.03.10
Rozdzial XLVIII


„My,Dzieci z Dworca Zoo“

Rozdzial XLVIII

Dużo myślałam o Detlefie i Stelli, poza tym w okolicy znalazłam ludzi, którzy odpowiadali mi jeszcze bardziej niż moi rówieśnicy z wioski. Lepiej się z nimi rozumiałam, łatwiej było mi z nimi pogadać o moich problemach. W pełni mnie akceptowali i nie musiałam się bać, co to będzie, jak dowiedzą się o mojej przeszłości. Patrzyfi na świat mniej więcej tak samo jak ja. Nie musiałam się zmieniać ani dostosowywać. Emocjonalnie byliśmy na tej samej długości fali. Mimo wszystko początkowo broniłam się przed zbyt bliskimi kontaktami, bo oni eksperymentowali z narkotykami. Moja mama, ciotka, nawet ja sama, my wszystkie sądziłyśmy, że znalazłam się w takim zakątku Niemiec, gdzie nie ma śladu narkotyków. W każdym razie na pewno „twardych”. Jak pisali w gazetach coś o heroinie, to zawsze mowa była o Berlinie albo Frankfurcie. Ja też myślałam sobie czasem: Jesteś tu jedyną byłą ćpunką na paręset kilometrów kwadratowych. Ale już po pierwszej wyprawie z ciotką na zakupy zmieniłam zdanie. Na początku 1978 pojechałyśmy na zakupy do Norderstedt, takiego nowego miasta-sypialni w pobliżu Hamburga. Jak zawsze, będąc pierwszy raz w nowym otoczeniu, przyglądałam się takim co bardziej frymuśnie ubranym chłopakom. Zastanawiałam się: Ćpa, pali hasz, czy po prostu student? W Norderstedt weszłyśmy do baru szybkiej obsługi, żeby zjeść smażoną kiełbaskę. Przy jednym ze stolików siedziało paru kasztanów. Dwóch z nich nagle wstało i przesiadło się do innego stolika. Nie wiem dlaczego, ale od razu miałam wrażenie, że coś tu kręcą z herą. Jakoś tak wiedziałam, jak się zachowują kasztany, kiedy jest sprawa z herą. Zmusiłam ciotkę, żebyśmy stamtąd wyszły, nic jej nie mówiąc o swoich podejrzeniach. Sto metrów dalej, przed sklepem dżinsowym, wpakowałyśmy się w sam środek „rynku” Norderstedt. Ja oczywiście od razu skapowałam, że tu aż gęsto od ćpunów. Potem z kolei zaczęło mi się wydawać, że oni wszyscy się na mnie gapią i, że od razu wyczuli we mnie ćpunkę. Normalnie dostałam szajby. Wpadłam w kompletną panikę. Złapałam ciotkę za ramię i mówię jej, że muszę się stąd natychmiast wydostać. Ona też coś pokapowała i do mnie: - Dlaczego, przecież ty już nie masz z tym nic wspólnego. - Ja na to: - Przestań. Nie jestem jeszcze gotowa do takiej konfrontacji. To było wtedy, kiedy już nie myślałam o ucieczce. Kiedy na serio uważałam, że nigdy już nie będę miała nic wspólnego z heroiną. Zaszokowało mnie, że oni mnie rozpoznali. W domu natychmiast wyskoczyłam ze swoich łachów i starłam z twarzy makijaż. Nie założyłam już swoich butów na wysokim obcasie. Od tego dnia starałam się wyglądać tak, jak dziewczyny z mojej klasy. Ale potem i tak coraz częściej zaczęłam bywać w klubie razem z tymi ludźmi, którzy palili hasz i brali kwas. Raz zapaliłam sobie z nimi, innym razem nie. Weszłam do bezbłędnej paczki. Większość to byli ludzie uczący się zawodu. Pochodzili z okolicznych wsi. Wszyscy mieli bańki nie od parady. Nie byli tacy kompletnie otępiali, jak większość tych z mojej szkoły. Autentycznie potrafili myśleć. Rozmowy z nimi dużo mi dawały. Przede wszystkim w paczce nie było tej całej brutalności. Wszystkie agresje zostawały gdzieś daleko. U nas była atmosfera przyjaźni. Zapytałam kiedyś zupełnie idiotycznie, dlaczego nie może być tak samo bez przytruwania się prochami. Odpowiedzieli mi wtedy, że to naprawdę głupie pytanie. Jak inaczej wyłączyć się z tego bagna, jakie mamy na co dzień? Wszystkich oprócz jednego chłopaka niesamowicie frustrowała praca. Ten jeden był w związkach zawodowych i wybrali go na męża zaufania do spraw młodzieży w tym jego zakładzie. On widział sens w tym, co robi przez cały dzień. Występował w imieniu innych młodych z zakładu i znajdował w tym samopotwierdzenie. Sądził też, że społeczeństwo można zmienić. Często nawet nie potrzebował jointa, żeby złapać dobry nastrój i tylko wypijał parę łyków czerwonego wina. Reszta w ogóle nie widziała sensu w tym, co robi. Bez przerwy mówili o rzuceniu nauki. Tyle, że nie wiedzieli, co dalej. Wracali z pracy sfrustrowani i agresywni. Jak potem siedzieliśmy razem i któryś zaczynał opowiadać o aferach z majstrem czy o innych takich, to ktoś zaraz mówił: Może byś przestał truć o tej robocie. Potem szła w kółko fajeczka i dopiero wtedy czuli, że są po fajrancie. Ja miałam o wiele lepiej niż oni. Czasem nawet szkoła sprawiała mi przyjemność. Z drugiej strony było ze mną tak jak z nimi. Od kiedy stało się jasne, że nie mam szans ani na maturę, ani na szkołę realną, też już tak za bardzo nie wiedziałam, po co mi to uczenie się i cały ten wysiłek. I zdawałam sobie sprawę, że jako była narkomanka, nawet, żebym miała nie wiem jakie świadectwo ukończenia szkoły zasadniczej, to i tak nie dostanę takiej pracy, jaką bym chciała. Świadectwo ukończenia miałam nawet całkiem niezłe. Ale na naukę zawodu mnie nie przyjęli. Zaproponowali tylko jakieś prace dla niewykwalifikowanych. Coś z mocy ustawy, która miała trochę rozładować problem bezrobotnej młodzieży. Nie ćpam już prawie od roku. Ale oczywiście wiem, że to musi potrwać nawet parę lat, zanim człowiek będzie naprawdę „czysty”. Jak na razie nie mam większych problemów. Kiedy tak sobie siedzimy wieczorem całą paczką, popijamy czerwone wino, fajka z haszem okrąży parę razy całe towarzycho, to te codzienne problemy kompletnie gdzieś giną. Rozmawiamy o przeczytanych książkach. Zajmujemy się czarną magią, parapsychologią i buddyzmem. Po prostu szukamy ludzi, którzy fajnie żyją, żeby się od nich czegoś nauczyć. Bo nam jest raczej dosyć parszywie. Jedna z dziewczyn z naszej paczki chodzi do szkoły pielęgniarskiej I przez nią trafiają do nas różne prochy. Przez jakiś czas znowu brałam valium. Kwasu nie ruszam, bo się boję, że dostanę koszmaru. Innym najczęściej jest bardzo fajnie na LSD. W najbliższym miasteczku nie ma rynku twardych narkotyków. Jak ktoś bierze, to musi zasuwać do Hamburga. Na miejscu nie ma też nikogo, kto by rozprowadzał herę. Czyli, że nie ma się takiego łatwego dostępu do niej, jak w Berlinie, Hamburgu czy nawet w Norderstedt. Ale jak ktoś chce dostać herę, to oczywiście nie ma żadnych trudności. Paru ludzi ma dobre kontakty. Czasem trafi się też dostawca, który ma przy sobie niemal przenośny sklepik z narkotykami. Jak się człowiek zapyta takiego, czy ma coś do ćpania, to słyszy w odpowiedzi: - A co chcesz? Valium, valeron, hasz, kwas, spidy czy herę? Wszyscy z naszej paczki twierdzą, że w pełni kontrolują swoje sprawy z narkotykami. W każdym razie jest już trochę inaczej niż te trzy, cztery lata temu w Gropiusstadt. Ta wolność, którą nasza paczka uzyskuje dzięki narkotykom, jest już trochę innego rodzaju. Nie potrzebujemy już „Soundu”, żeby dawać się ogłuszać potwornie głośną muzyką. Dla ludzi z tej paczki udawanie, że się jest wolnym wśród błyskających reklam na Kurfürstendamm, to kompletne dno. Wszyscy nienawidzimy miasta. Jesteśmy całkiem zwariowani na punkcie przyrody. W weekendy jeździmy sobie samochodem po całym Szlezwiku-Holsztynie, łazimy po różnych miejscach, aż w końcu uda nam się znaleźć coś absolutnie obłędnego. Często jesteśmy na bagnach w takich miejscach, do których poza nami nikt się jeszcze nie dostał. Ale najbardziej bezbłędna jest nasza kopalnia wapienia. Niesamowita jama pośrodku okolicy. Prawie kilometr długości, ze 200 metrów szerokości, a głęboka chyba na sto metrów. Ściany są pionowe. Na dole jest bardzo ciepło. Ani wiaterku. Na dole rosną takie rośliny, jakich nigdzie indziej nie spotkaliśmy. Niesamowicie czyste strumyki płyną przez tę niesamowitą dolinę. Ze ścian tryskają wodospady. Woda zabarwia białe ściany na rdzawoczerwony kolor. Wszędzie leżą białe odłamki, które wyglądają jak kości jakichś potworów i może to nawet są kości mamutów. Olbrzymia koparka i taśmociągi, które na co dzień robią tyle denerwującego hałasu, w weekendy wyglądają tak, jakby od wieków nikt ich nie używał. Wapienny pył i tak już dawno pokrył je białą warstwą. W tej niesamowitej dolinie jesteśmy zupełnie sami. Od reszty świata odgradzają nas pionowe ściany. Nie dochodzi tu żaden dźwięk z zewnątrz. Jedynym dźwiękiem jest szum wodospadów. Zawsze sobie wyobrażamy, że po zakończeniu eksploatacji kupujemy tę kopalnię. Wybudowalibyśmy sobie na dole chałupy, założylibyśmy olbrzymi ogród, trzymali zwierzaki i mieli wszystko, czego trzeba do życia. Jedyną drogę prowadzącą na dno kopalni chcielibyśmy wysadzić w powietrze. Bo i tak nie mielibyśmy ochoty wrócić kiedykolwiek na górę...

KONIEC

PS. Mimo wszystko bede czasem tutaj zagladac i dodawac nowe informacje jak jakies jeszcze znajde:) I przepraszam, ze ten rozdzial pojawil sie tak pozno, ale mialam popsuty komputer :/ Pozdrawiam! ;*


» 21:39, 2008.03.01
Rozdzial XLVII..


„My,Dzieci z Dworca Zoo“

Rozdzial XLVII

W każdym razie, ta książka powinna być najważniejszą lekturą w szkole. Tak mi się wydawało. Ale nawet nie odważyłam się o tym powiedzieć w swojej klasie, bo reszta pewnie znowu by na mnie popatrzyła jak na głupią. Czasem brałam tę książkę ze sobą do szkoły. Któregoś razu czytałam ją na lekcji, bo mi się wydawało, że znajdę w niej odpowiedź na jedno pytanie, które padło w czasie zajęć. Nauczyciel to zobaczył, spojrzał na tytuł i od razu mi ją zabrał. Kiedy chciałam ją po lekcji odebrać, powiedział: - Panienka czytuje sobie na lekcjach pornografię, tak? Książkę konfiskuję. - Autentycznie tak powiedział. Nazwisko Fromm nic mu nie mówiło albo co najwyżej kojarzył je z prezerwatywą. [Fromm - potoczne określenie prezerwatywy (od nazwy firmy, która je produkuje) ] A tytuł „O sztuce miłości“ od razu mu oczywiście zasugerował pornografię. No bo z czym się tym sfrustrowanym facetom może kojarzyć miłość? Więc był przekonany, że ta stara narkomanka i puszczalska zamierza zdemoralizować pornografią wszystkie dzieci w klasie. Następnego dnia przyniósł mi książkę z powrotem i powiedział, że jest wprawdzie w porządku, ale mimo wszystko nie powinnam jej więcej przynosić do szkoły, bo tytuł jest taki dwuznaczny. Były takie sprawy, które jeszcze bardziej mnie załamywały niż ta właściwie nieistotna historia z książką Fromma. Narobiłam sobie sęków u dyrektora. To też był taki kompletnie sfrustrowany i zakompleksiony facet. Nie miał najmniejszego autorytetu, chociaż był dyrektorem. Starał się to zrównoważyć dyscypliną i wrzaskiem. Jak mieliśmy z nim rano lekcję, to najpierw musieliśmy odśpiewać jakąś pieśń, a potem zrobić gimnastykę. Twierdził, że to dla rozruszania się. Dobre oceny dostawało się u niego tylko wtedy, jak się mówiło dokładnie to, co on podyktował. Mieliśmy z nim też lekcje śpiewu. Raz chciał nam zrobić przyjemność i powiedzieć coś o muzyce, która nas interesuje. Zaczął bez przerwy powtarzać coś o „współczesnej muzyce jazzowej”. Zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. Myślałam, że może myśli o muzyce pop, więc mówię: - Co pan ma na myśli mówiąc o współczesnej muzyce jazzowej? Przecież pop i rock to całkiem co innego niż jazz. - Może znowu powiedziałam coś nie tym tonem, co trzeba. Właściwie chyba znów zaczęłam gadać nie zastanowiwszy się, co właściwie chcę tym gadaniem uzyskać. W każdym razie dyrektor z miejsca się zapienił. Zaczął się drzeć jak wściekły i wywalił mnie za drzwi. Jeszcze w drzwiach próbowałam załagodzić sprawę i mówię: - Prawdopodobnie nie zrozumieliśmy się do końca. - Ale nie pozwolił mi wrócić i całą lekcję przesiedziałam na dworze. W każdym razie na tyle jeszcze panowałam nad sobą, że nie poszłam od razu do domu. Na następnej lekcji wywołali mnie do gabinetu dyrektora. Jak tylko weszłam, od razu zobaczyłam, że trzyma w ręku skoroszyt. Jak podeszłam, to od razu stało się dla mnie jasne, że to znowu te moje akta z Berlina. Dyrektor przerzucał kartki w skoroszycie i udawał, że czyta. Potem powiedział, że tu nie Berlin, a poza tym i tak jestem w jego szkole tylko gościem. I w tej sytuacji w każdej chwili może mnie wyrzucić. Tak, że powinnam się zachowywać jak gość. Po tym wszystkim miałam już kompletnie dosyć. W ogóle nie chciałam już chodzić do szkoły. W końcu nawet o wiele drobniejsze sprawy potrafiły mnie wyprowadzić psychicznie z równowagi. Nie byłam w stanie dojść z tym do ładu. Nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, że ten idiota dyrektor w ogóle nie powiniem mnie obchodzić. No bo jak broni się przede mną tymi aktami, to właściwie jest jeszcze słabszy niż ja. W każdym razie po tym incydencie znowu straciłam wiarę w cokolwiek. Dotychczas, pod wpływem tego mojego przyjaciela, zamierzałam po uzyskaniu dobrego świadectwa ukończenia swojej szkoły starać się o przyjęcie do szkoły zintegrowanej. Mimo, że wiedziałam, jakie niesamowite trudności ma taki uczeń szkoły zasadniczej, jak się chce dalej uczyć. A potem nie chciałam już słyszeć o żadnej szkole. Byłam pewna, że nic by z tego nie wyszło. Testy psychologiczne, specjalne zezwolenie kuratorium i kupa innych rzeczy, które trzeba mieć, jak się nie chce skończyć na szkole zasadniczej. No i wiedziałam przecież, że te moje akta z Berlina trafią za mną wszędzie, gdzie tylko pójdę. Miałam tego bardzo rozsądnego przyjaciela, powoli zaczęłam nawiązywać kontakty z moimi rówieśnikami ze wsi, którzy w pewien sposób mi nawet odpowiadali. Byli bardzo różni ode mnie. A w każdym razie jakoś bardziej w porządku niż ci z miasteczka. Autentycznie było między nimi jakieś poczucie wspólnoty. Nawet zorganizowali sobie własny niewielki klub. Tam nie było szpanerów. Wszystko opierało się jeszcze na mniej lub bardziej staromodnym porządku, chociaż czasem chłopaki pili za dużo. I większość mnie zaakceptowała, chociaż byłam całkiem inna od nich. Przez jakiś czas mi się zdawało, że będę mogła stać się taka jak oni albo jak ten mój przyjaciel. Ale długo w tym nie wytrwałam. Z tym przyjacielem wszystko się skończyło, kiedy w końcu zachciało mu się ze mną przespać. Nigdy bym się na to nie zdobyła. Po prostu nie umiałam sobie wyobrazić, że miałabym się przespać z kimś innym poza Detlefem. To znaczy, że ciągle jeszcze go kochałam. Dużo o nim myślałam, chociaż nie chciałam myśleć. Czasami pisałam do niego listy, które chciałam adresować na Roifa, tego stałego klienta Detlefa, u którego ostatnio mieszkał. Ale miałam jeszcze tyle rozsądku, żeby ich jednak nie wysyłać. Potem dowiedziałam się, że Detlef znowu siedzi w pudle. Stellę też wsadzili…


» 16:34, 2008.02.29
Rozdzial XLVI..


„My,Dzieci z Dworca Zoo“

Rozdzial XLVI

Większość dziewczyn myślała tylko o chłopakach. Całkowicie akceptowały całą brutalność tych związków. Jeśli powiedzmy chłopak puścił swoją dziewczynę kantem i zaczynał chodzić z inną, to nie były złe na niego, tylko na tę nową. O niej wtedy mówiły, że stara świnia, ostatnia kurwa i co tam jeszcze. No i dla wielu dziewczyn im bardziej chłopak był brutalny, tym bardziej był obłędny. Tak całkiem zrozumiałam to dopiero na klasowej wycieczce. Pojechaliśmy do Palatynatu. Niedaleko od miejsca naszego zakwaterowania była dyskoteka. Większość dziewczyn polazła tam oczywiście jeszcze tego samego wieczora. Po powrocie stamtąd wszystkie marzyły o obłędnych chłopakach z genialnymi maszynami, znaczy motorami. Taki chłopak z obłędną maszyną to był już dla nich szczyt szczęścia. Też poszłam się rozejrzeć do tej dyskoteki i dosyć szybko skapowałam, co tam jest grane. Z całej okolicy zjeżdżały się chłopaki na motorowerach, motorach i samochodami, żeby zarywać dziewczyny, które przyjeżdżają tu z klasą na wycieczki. Próbowałam więc wytłumaczyć dziewczynom z mojej klasy, że te chłopaki z dyskoteki tylko je wykorzystują. Ale żadna nie chciała mnie słuchać. Już na godzinę przed otwarciem dyskoteki dziewczyny stały przed lustrem, malowały się, układały włosy. A potem starały się w ogóle nie poruszać, żeby im się fryzura nie popsuła. Przed tym lustrem kompletnie odrzucały swoje ja. Były już tylko własnymi maskami, które miały się podobać chłopakom z obłędnymi maszynami. Pierońsko mnie wściekało, jak to widziałam. W pewien sposób przypominało mi to mnie samą. Ja też malowałam się jak głupia i przebierałam, najpierw, żeby podobać się palącym hasz, a potem ćpunom. Ja też rezygnowałam z własnego ja, żeby tylko uznali mnie za swoją. Cała nasza wycieczka kręciła się wokół tych beznadziejnych szpanerów, chociaż większość dziewczyn miała w domu stałego chłopaka. Elke, taka dziewczyna, z którą spałam w pokoju, pierwszego wieczora napisała jeszcze list do swojego chłopaka. Drugiego wieczora poszła na dysk i wróciła kompletnie zgnębiona. Powiedziała mi, że pieściła się z takim jednym. Ona chyba zrobiła to tylko dlatego, żeby udowodnić innym dziewczynom, że nią też się zainteresował któryś z tych chłopaków. Miała niesamowite wyrzuty sumienia z powodu swojego stałego chłopaka i nawet się poryczała. Ale ubzdurała sobie, że jest zabujana w tym zmotoryzowanym pacanie. Jej chłopak oczywiście jeszcze nie miał motoru. Następnego dnia wieczorem wróciła kompletnie załamana i już tylko ryczała. Ten jej fatygant zapytał podobno jedną z koleżanek z naszej klasy: - Ty, słuchaj, co z tą twoją kumpelką, da się w końcu przerąbać czy nie? Była jeszcze jedna dziewczyna, nazywała się Rosi, z nią była jeszcze gorsza sprawa. Któraś z nauczycielek nakryła ją w samochodzie z jednym chłopakiem, jak się akurat tniutniali. Tutaj mówiło się na to tniutniac. Rosi była taka zalana, że ledwo mogła chodzić. Ten chłopak wmusił w nią przedtem dobrych parę coli z rumem. Rosi była jeszcze prawiczką, więc się kompletnie załamała. Reszta dziewczyn zrobiła zebranie, żeby się naradzić, co zrobić z Rosi. Nawet im do głowy nie przyszło złościć się na tego typa, który najpierw spreparował Rosi alkoholem, a potem tak właściwie prawie zgwałcił. Wszystkie autentycznie zażądały, żeby odesłać Rosi do domu. Byłam jedyną dziewczyną, która się sprzeciwiła. Bo one były niesamowicie wściekłe, że nauczyciele zarządzili kompletny zakaz chodzenia na dyskotekę. Znaczy chcieli tylko sami obściskiwać się i tniutniac. Normalnie załamał mnie ten kompletny brak poczucia wspólnoty między dziewczynami. A w każdym razie to, że każda przyjaźń kończyła się natychmiast, jak tylko wchodził w grę jakiś chłopak. Bo to prawie to samo co z herą, która zawsze zakłócała przyjaźń między Babsi, Stellą i mną. Mimo, że właściwie nie dotyczyło mnie to bezpośrednio, jakoś tak czułam się podle i beznadziejnie. Przez ostatnie dwa dni wycieczki miałam niebezpieczny nawrót. Od rana do wieczora chodziłam zalana w cztery dupy. Mimo wszystko stopniowo dojrzała we mnie decyzja, żeby jednak spróbować pogodzić się ze światem takim, jaki on jest. Przestałam myśleć o ucieczce. Uświadomiłam sobie, że taka ucieczka oznacza automatyczny powrót do hery. A coraz jaśniej zdawałam sobie sprawę, że teraz w ogóle by mi to już nic nie dało. Pomyślałam sobie, że musi być jakaś droga pośrednia, że można jakoś dojść do ładu z tym zasranym społeczeństwem, niekoniecznie kompletnie się do niego przystosowując. Znalazłam takiego przyjaciela, przy którym bardzo się uspokajałam. Z nim można było pogadać. I mimo wszystko zawsze wiedział, o co w tym wszystkim biega. Potrafił marzyć, ale na wszystko miał praktyczne rozwiązanie. Jego też wiele rzeczy wkurwiało, ale twierdził, że jak się już coś osiągnie, to któregoś pięknego dnia może się człowiek z tego społeczeństwa jakby wykupić. Chciał popracować najpierw w handlu i zarobić dużą forsę, a potem kupić sobie drewnianą chałupę w kanadyjskich lasach, żeby tam żyć. Dla niego Kanada była takim samym wielkim marzeniem, jak dla Detlefa. Chodził do gimnazjum i dzięki niemu strasznie się napaliłam na naukę. Zrozumiałam, że nawet taka szkoła zasadnicza też mi coś może dać, jeśli będę pracować dla siebie, a nie, żeby dostać to śmiechu warte świadectwo ukończenia szkoły. Zaczęłam niesamowicie dużo czytać. Dosyć chaotycznie. Wertera Goethego i Wertera enerdowskiego pisarza Plenzdorfa, Hermanna Hessego i przede wszystkim Ericha Fromma. Książka Fromma O sztuce miłości stała się dla mnie prawdziwą biblią. Całe strony znałam na pamięć. Po prostu dlatego, że bez przerwy do nich wracałam. Wypisywałam sobie zdania z tej książki i wieszałam nad łóżkiem. Ten niesamowity facet naprawdę miał pojęcie. Jakby się tak człowiek trzymał tego, co on napisał, to życie byłoby sensowne, boby sobie człowiek z nim radził. Tylko, że bardzo trudno żyć według tych reguł, bo inni ich nie znają. Chętnie porozmawiałabym sobie z Erichem Frommem, jak on sobie z tym radzi, żeby żyć w tym świecie według swoich zasad. Zauważyłam w każdym razie, że rzeczywistość nie zawsze daje się skonfrontować z jego maksymami.


» 20:46, 2008.02.25
Rozdzial XLV..


“My Dzieci z Dworca Zoo”

Rozdzial XLV

Często zastanawiałam się, czemu młodzież jest taka sponurzała. No bo oni nawet nie umieli się z niczego cieszyć. Motorower w wieku szesnastu lat, samochód w wieku osiemnastu - to było jakieś oczywiste. A jak tak nie było, to człowiek czuł się gorszy. Dla mnie też w tych wszystkich moich marzeniach było oczywiste, że od razu będę miała mieszkanie i samochód. Nie ma mowy, żeby się zaharowywać dla mieszkania czy dla jakiejś nowej wersalki, jak moja mama. Żyć, żeby móc sobie coś kupić - to były przestarzałe ideały naszych rodziców. Dla mnie, i chyba dla wielu innych, tych parę dóbr materialnych to było zaledwie minimum potrzebne do życia. Ale do tego musi coś jeszcze dojść. Coś takiego, co nadaje życiu sens. Ale jakoś nigdzie tego nie było widać. Parę osób, między innymi ja, mimo wszystko dalej szukało czegoś, co by nadawało jakiś sens życiu. Kiedy dyskutowaliśmy w szkole o narodowym socjalizmie, miałam bardzo sprzeczne odczucia. Z jednej strony flaki mi się przewracały, jak sobie pomyślałam, do jakich potworności zdolni są ludzie. Z drugiej strony podobało mi się, że dawniej było jeszcze coś takiego, w co ludzie wierzyli. Powiedziałam nawet wtedy na lekcji: - Chybabym nawet chciała dorastać w czasach nazistowskich. Młodzież przynajmniej wiedziała wtedy, w co wierzyć, miała jakieś ideały. Wydaje mi się, że dla takich jak my lepiej jest, jak się ma złe ideały niż żadne. - Nie myślałam tak całkiem na serio, ale coś w tym musiało być. Tam na wsi młodzież też już próbowała wszystkiego, co się dało, bo życie, jakie mieli do zaproponowania dorośli, przestało jej odpowiadać. Nawet moda na brutalność też już dotarła do naszej małej wioski. Rozdawać ciosy zamiast rozumieć. Tak jak widziałam już dwa lata temu w Berlinie, trochę chłopaków i dziewczyn strasznie napaliło się na ruch punkowców. Mnie to zawsze przerażało, jak widziałam, że ludziom, którzy normalnie byli całkiem fajni, zaczynają imponować punki. No bo to już właściwie sama przemoc. Nawet ich muzyka jest po prostu pozbawiona fantazji i tylko ten potwornie ordynarny rytm. Jednego punkowca od nas nawet dobrze znałam. Zanim wpiął sobie agrafkę w policzek i zaczął chodzić z kastetem, można z nim było całkiem fajnie pogadać. Dorobił się potem w naszej gospodzie. Rozwalili na nim dwa krzesła i wpakowali mu w bebech obtłuczoną butelkę. Ledwie go potem odratowali w szpitalu. Najgorsza była dla mnie ta brutalność w układach między chłopakami a dziewczynami. Wszyscy tyle gadają o emancypacji, a mnie się wydaje, że jeszcze nigdy chłopaki tak brutalnie nie traktowali dziewczyn, jak teraz. Normalnie chyba wyładowują na nich całą swoją frustrację. Chcą władzy i sukcesu, a, że nigdzie im nie wychodzi, to odbijają sobie na babach. Normalnie bałam się większości tych typów z dyskotek. Może dlatego, że troszkę inaczej wyglądałam od innych dziewczyn, ciągle się jacyś do mnie przywalali. A te gwizdy i to: „te, lala, masz chęć?” bardziej mnie wkurwiały, niż zachowanie facetów z samochodów na Kurfürstenstrasse. Jak taki klient w Berlinie kiwa, żeby podejść do niego do samochodu, to się chociaż uśmiecha. A te mocne typy od nas nie musiały się wysilać. Tak przynajmniej uważali. Wydaje mi się, że większość klientów jest bardziej miła i nawet delikatniejsza w stosunku do dziewczyn, niż ci młodzi szpanerzy z dyskotek. Bo oni chcieli tylko dymać bez cienia czułości czy delikatności, nie mówiąc oczywiście o płaceniu. Tak się bałam tych chłopaków, że absolutnie nie pozwoliłam się nawet dotknąć. Już same reguły macanek wydawały mi się dosyć perwersyjne. To, że taki chłopak najpóźniej przy drugim spotkaniu uważał, że ma już automatycznie prawo się do dziewczyny dobierać. A dziewczyny się zgadzały, nawet jak nie miały najmniejszej ochoty się z takim migdalić. Po prostu dlatego, że taka była zasada. I dlatego, że każda się bała, że taki chłopak przestanie z nią chodzić, a inne chłopaki zaczną o niej gadać, że jest oziębła flądra. Nie potrafiłam tak. Nie chciałam nawet. Nawet jak polubiłam jakiegoś chłopaka i chodziłam z nim, to od razu jasno stawiałam sprawę: Nie próbuj się do mnie przystawiać. Trzymaj łapy przy sobie. Jak będę chciała, to sama powiem. Przez te pół roku, które minęło od mojego wyjazdu z Berlina, ani razu nie chciałam. Każda przyjaźń urywała się od razu, jak tylko chłopak chciał się ze mną przespać. Oczywiście odgrywała tu pewną rolę kolejna sprawa z przeszłości, za którą musiałam teraz płacić. Nawet jeśli mi się wydawało, że takie łażenie na zarobek nigdy tak naprawdę mnie nie dotyczyło, że było to tylko nieuniknione zjawisko uboczne związane z moim uzależnieniem od heroiny, mój obecny stosunek do chłopaków był właśnie tym uwarunkowany. A to, jak się przeważnie zachowywali, tylko wzmacniało jeszcze moje przekonanie, że teraz znowu chłopy chcą mnie wykorzystać. Starałam się przekazać dziewczynom z mojej klasy co nieco z moich doświadczeń z mężczyznami. Oczywiście bez mówienia dokładnie, jakie to były doświadczenia. Ale nigdy jakoś nie docierało do nich to, co mówię. W klasie byłam wprawdzie czymś w rodzaju kącika porad sercowych i musiałam wysłuchiwać wszystkich problemów z chłopakami i dawać rady, bo dziewczyny skapowały, że jestem jakoś tak bardziej doświadczona w tych sprawach niż one, ale nigdy nie załapały tego, co im naprawdę starałam się powiedzieć.

PS.Przepraszam,ze ten rozdzial tak pozno sie pojawil,ale eblog nie dzialal przez caly wekeend. o.O


» 18:54, 2008.02.23
Rozdzial XLIV..


“My Dzieci z Dworca Zoo”

Rozdzial XLIV

Następnego dnia ojciec poleciał z powrotem do Berlina, bo wieczorem miał być jakiś mecz hokejowy. Bo ostatnio dostał hopla na punkcie hokeja. Po feriach świątecznych musiałam iść do szkoły. Poszłam do dziewiątej klasy szkoły realnej. Trochę się bałam tej szkoły. No bo przez trzy lata praktycznie się nie uczyłam. Przez ostatni rok w ogóle chodziłam tylko parę miesięcy, bo przez resztę czasu byłam albo chora, albo na odwyku, albo po prostu się urywałam. Ale zaraz pierwszego dnia dosyć mi się w tej szkole spodobało. Klasa malowała właśnie obraz na białej pustej ścianie pracowni. Od razu mogłam się przyłączyć. Malowaliśmy piękne stare domy. Dokładnie takie, jak te, w których miało być moje wymarzone mieszkanie. Przed domami sami pogodni ludzie. Na ulicy rosła palma, do której był przywiązany wielbłąd. Niesamowicie fajny malunek. Na górze napisaliśmy: Pod asfaltem jest plaża. W klubie odkryłam potem całkiem podobny obrazek. Tyle, że pod spodem było inne hasło: Nie „po kiego” i „co potem”, tylko sierpem i miotem. W klubie ton nadawali ludzie zaangażowani politycznie. Dosyć szybko zauważyłam, że młodzież ze wsi i z małego pobliskiego miasteczka też nie jest za bardzo zadowolona. Mimo, że tak na oko wiele rzeczy wyglądało inaczej niż w Berlinie. W szkole było o wiele mniej rozrabiania. Większość nauczycieli dawała sobie jeszcze jakoś radę. Większość młodzieży chodziła jeszcze całkiem „przyzwoicie” ubrana. Chciałam skończyć szkołę, chociaż miałam spore braki. Chciałam koniecznie mieć przynajmniej świadectwo ukończenia szkoły realnej. Po raz pierwszy od paru lat odrabiałam zadane lekcje. Po trzech tygodniach całkiem dobrze zżyłam się ze swoją klasą i zaczęło mi się wydawać, że jakoś sobie z tym wszystkim poradzę. Mieliśmy właśnie lekcję gotowania, kiedy wezwali mnie do dyrektora. Siedział za biurkiem i nerwowo przerzucał kartki jakiegoś skoroszytu. Szybko wykombinowałam, że ten skoroszyt to moje akta, które pewnie właśnie przysłali z Berlina. I wiedziałam, że tam jest o mnie wszystko. Urząd do Spraw Nieletnich musiał przesłać do mojej szkoły w Berlinie pełną dokumentację. Dyrektor westchnął najpierw parę razy, a potem powiedział, że ku swemu zmartwieniu nie może mnie niestety zatrzymać w tej szkole. Nie spełniam wymagań, jakie stawia szkoła realna. Moje akta tak go widać zdenerwowały, że od razu wyrwał mnie z zajęć. Nie chciało mu się nawet poczekać do końca lekcji, żeby mnie wywalić ze szkoły. Nic nie powiedziałam, bo nie mogłam wydusić słowa. Dyrektor chciał się mnie pozbyć od razu. Już na następnej pauzie miałam się zgłosić u dyrektora szkoły zasadniczej. Byłam kompletnie podłamana. Jak otępiała powlokłam się do tej drugiej szkoły. A jak już się znalazłam u tamtego dyrektora, to się rozryczałam. Dyrektor powiedział, że w końcu nie jest przecież tak źle. Powinnam porządnie przysiąść fałdów i skończyć z dobrym wynikiem szkołę zasadniczą. Po wyjściu od niego znowu zrobiłam sobie taki rachunek strat i zysków. Właściwie nie żałowałam siebie zanadto. Powiedziałam sobie: W końcu to jasne, że muszę teraz płacić za to, co zrobiłam. Nagle zdałam sobie sprawę, że wszystkie te marzenia o zupełnie nowym życiu bez hery, to była czysta głupota. I, że inni wcale nie widzą mnie taką, jaką mi się wydawało, że jestem, tylko oceniają mnie na podstawie mojej przeszłości. Mama, ciotka, no i dyrektor też. Zrozumiałam też, że nie mogę tak z dnia na dzień stać się innym człowiekiem. Mój organizm i moja psychika też mi się odpłacały. Rozwalona wątroba wciąż mi przypominała, co z nią wyprawiałam. No i w ogóle to przecież nie było tak, że od razu i swobodnie wciągnęłam się w to życie u ciotki. Potrafiłam się wściekać o byle co. Bez przerwy były jakieś zgrzyty. Nie wytrzymywałam nawet najmniejszych stresów i nerwowy. A jak czasem poważnie siadał mi nastrój, to przychodziło mi do głowy, że narkotyk bardzo szybko by mnie z tego wyciągnął. Po tym, jak mnie wywalili ze szkoły, przestałam wierzyć, że cokolwiek osiągnę. Znowu byłam dosyć bezwolna. Nie umiałam się bronić przed wyrzuceniem, chociaż po głupich trzech tygodniach ten dyrektor nie mógł mieć oczywiście pojęcia, czy nie dałabym sobie jakoś rady. Nie miałam już żadnych planów na przyszłość. Mogłabym właściwie znowu zacząć chodzić do szkoły zintegrowanej. Była tam jedna, dojeżdżało się autobusem. W tej szkole mogłabym wtedy udowodnić, co jestem naprawdę warta. Ale za bardzo się bałam, że i tam zawalę. Dopiero potem zaczęłam powoli pojmować, co to znaczy, że mnie cofnęli do zasadniczej. Są u nas dwie dyskoteki, takie kluby młodzieżowe. Do jednej chodzą prawie wyłącznie ci z realnej i z gimnazjum, do drugiej ci z zasadniczej i ze szkół zawodowych. Najpierw byłam w tym klubie, do którego chodzą gimnazjaliści. Ale jak wyleciałam ze szkoły realnej, to zaczęłam mieć wrażenie, że tam krzywo na mnie patrzą. No to przeniosłam się do tej drugiej dyskoteki. To było dla mnie całkiem nowe doświadczenie. W Berlinie takich podziałów nie było. Ani w szkole, ani tym bardziej w środowisku narkomanów. W mojej nowej szkole podział zaczynał się już na szkolnym podwórku. W poprzek podwórka była narysowana biała krecha. Po jednej stronie byli na pauzie licealiści, po drugiej uczniowie z zasadniczej. Nie wolno było tej linii przekroczyć. Tak, że z ludźmi z mojej starej klasy mogłam rozmawiać tylko przez tę krechę. To było według mnie najgorsze w tym podziale na młodzież, która być może do czegoś jeszcze w życiu dojdzie, i taką, która przez to, że chodzi do szkoły zasadniczej, spisana jest na straty. Do takiego właśnie społeczeństwa miałam się przystosować. „Przystosować się” to było co drugie słowo u mojej babci. Jednocześnie, jak wyleciałam ze szkoły realnej, uznała, że poza szkołą nie powinnam się zadawać z tymi z zasadniczej, tylko szukać kolegów wśród uczniów z realnej i z gimnazjum. Powiedziałam jej wtedy: - Musisz się w końcu z tym pogodzić, że twoja wnuczka chodzi do zasadniczej. A ja się przystosuję i znajdę sobie przyjaciół w swojej szkole. - No i znowu była z tego nieziemska afera. Najpierw chciałam sobie kompletnie odpuścić tę szkołę. Ale potem zobaczyłam, że mój nowy wychowawca jest zupełnie w porządku. Starszy facet. Jakiś taki kompletnie staroświecki w poglądach, normalnie taki prawdziwy konserwatysta. Czasem mi się nawet zdawało, że miał jakieś sympatie do nazistów. Ale miał autorytet, chociaż na nikogo się nie darł. Był jedynym nauczycielem, na którego lekcjach dobrowolnie wstawaliśmy, jak wchodził do klasy. Nigdy nie był zestresowany i potrafił jeszcze naprawdę podejść do człowieka indywidualnie. Do mnie też. Niektórzy z młodych nauczycieli na pewno mieli w sobie dużo idealizmu, ale jakoś tak nie umieli sobie w tej pracy poradzić. Oni tak samo mało wiedzieli, o co w tym wszystkim biega, jak i uczniowie. Czasem pozwalali na wszystko, a jak chaos zrobił się już kompletny, to zaczynali się wydzierać. Przede wszystkim nie mieli jasnych odpowiedzi na problemy, które nas tak naprawdę zajmowały. Bez przerwy słyszało się „jeśli” i „ale”, bo kompletnie nie mieli pewności i sami nie wiedzieli za bardzo, czego się trzymać. Nasz wychowawca nie robił nam najmniejszych złudzeń co do obecnej pozycji ucznia szkoły zasadniczej. Mówił nam, że będzie nam niesamowicie ciężko. Ale przy odrobinie pilności w paru dziedzinach możemy przewyższyć nawet tych z gimnazjum. Na przykład w ortografii. Mówił, że żaden maturzysta nie zna dziś dobrze ortografii. Nasze szansę wzrastają w związku z tym bardzo, jeśli podania o pracę będziemy umieli napisać w absolutnie bezbłędnej niemczyźnie. Starał się nas nauczyć, jak postępować z ludźmi, którym się wydaje, że są kimś lepszym. I zawsze miał w zapasie jakieś bezbłędne maksymy. Przeważnie mądrości życiowe z zeszłej epoki. Można było konać ze śmiechu. Niektórzy uczniowie tak właśnie robili, ale ja uważałam, że zawsze jest tam jakieś ziarnko prawdy. Często byłam innego zdania niż on, ale podobało mi się w nim to, że wyglądał na takiego, co wie, gdzie góra, a gdzie dół. Większość klasy niezbyt go lubiła. Widocznie za bardzo był według nich wymagający, wkurzało ich to jego ciągłe moralizowanie. Większość uczniów była ustawiona kompletnie na zwis. Paru osobom zależało, żeby mieć dobre świadectwo ukończenia szkoły, bo wtedy może nawet uda im się dostać gdzieś na naukę zawodu. Tacy odrabiali grzecznie lekcje, tylko tyle, ile było zadane. Przeczytać jakąś książkę czy sięgnąć do czegoś, co nie jest zadane - gdzie by im się chciało. Kiedy nasz wychowawca albo nawet ktoś z młodych nauczycieli próbował zacząć jakąś dyskusję, to wszyscy patrzyli tylko jak barany przed siebie. Planów na przyszłość, tak jak i ja, nikt z klasy nie miał. No bo jakie może mieć plany uczeń z takiej szkoły? Jak będzie miał fart, to dostanie się gdzieś na naukę zawodu. A wtedy nie może się kierować tym, co by ewentualnie chciał robić, tylko musi brać to, co mu dają. Wielu osobom było zresztą autentycznie wszystko jedno, co będą potem robić. Może jakieś przyuczenie do zawód u albo będą zarabiać jako niewykwalifikowani czy nawet pójdą na zasiłek. Panowało przekonanie, że z głodu to jeszcze u nas nikt nie umarł, uczeń szkoły zasadniczej szans na nic nie ma, więc po co się szarpać. Po paru chłopakach było widać, że trafią pewnie za kratki, paru już chlało. Dziewczyny w ogóle się nie zastanawiały. Były święcie przekonane, że w końcu kiedyś tam jakiś typas będzie je utrzymywał, a do tego czasu mogą gdzieś sprzedawać albo pójść do pracy przy taśmie, albo zwyczajnie kisić się w domu. Nie wszyscy tacy byli, ale takie było ogólne nastawienie w tej szkole. Kompletnie trzeźwe, żadnych złudzeń, a już na pewno żadnych ideałów. Cholernie mnie to przygnębiało. Inaczej sobie wyobrażałam życie bez narkotyków.


» 18:13, 2008.02.22
Rozdzial XLIII..


"My Dzieci z Dworca Zoo"

Rozdzial XLIII
(ponownie wypowiedz Christiane..)

U ciotki i babci przez pierwsze cztery dni miałam febrę. Kiedy już mogłam wstać, od razu założyłam pełny rynsztunek. Odstroiłam się na klasyczną ćpunkę - od kurtki z królików, po buty na najwyższych obcasach. Umalowałam się i poszłam z psem ciotki do lasu. Co rano odstawiałam się tak, jakbym miała iść do swoich, a potem hajda do lasu. Wysokie obcasy właziły w piach, potykałam się co parę metrów i od upadków miałam kolana całe w sińcach. Ale jak babcia chciała mnie wziąć na zakupy, żeby mi sprawić jakieś „buty do chodzenia”, to przeraziło mnie już samo brzmienie tych słów. Stopniowo przekonywałam się, że z moją ciotką, która miała dopiero trzydziestkę, całkiem fajnie się nawet gada. Oczywiście nie o problemach, które miałam naprawdę. Ale o nich sama nie chciałam rozmawiać, nie chciałam o nich nawet myśleć. Mój problem nazywał się hera, prochy i wszystko inne z tym związane. Detlef, inne ćpuny, Kudamm, zaćpać, nie myśleć, być wolnym. Starałam się i bez heroiny w ogóle nie myśleć. Jedyne, o czym myślałam, to to, że pewnie niedługo stąd prysnę. Ale w przeciwieństwie do tego, co było dotąd, nigdy nie ułożyłam jakiegoś konkretnego planu ucieczki. Odsuwałam to od siebie. Myślałam: Któregoś dnia dasz dyla. Prawdopodobnie tak naprawdę, to nie chciałam uciec, bo bałam się tego, co przez ostatnie dwa lata uważałam za wolność. Ciotka kompletnie obstawiła mnie zakazami. Mając piętnaście lat musiałam punktualnie o wpół do dziesiątej być już w domu, jeśli w ogóle pozwolili mi wyjść. Nie miałam tego od dwunastego roku życia. Niesamowicie mnie te zakazy wpieprzały, ale nie wiadomo, dlaczego prawie zawsze się do nich stosowałam. Przed Bożym Narodzeniem pojechaliśmy do Hamburga, żeby kupić prezenty gwiazdkowe. Zaczęło się z samego rana. Hajda do domów towarowych. Kompletny zajob. Godzinami przepychać się przez tłumy zidiociałych kołtunów, co chwila rzucających się jak sępy na jakieś rzeczy i grzebiących w grubych portfelach. Babcia i ciotka, wujek i mój cioteczny brat bez przerwy zaglądali w karteczki. Tragedia - dla ciotki Jadwigi, ciotki Idy i dla Jochena i dla pani jakiejś tam w ogóle nie mogą znaleźć prezentu. Wujek kupił jeszcze dodatkowo parę zelówek do samodzielnego, żelowania butów, jakieś rzeczy do samochodu i parę innych gówienek, które w domu towarowym taniej kosztują. Babcia jest taka malutka i zawsze tak myszkuje po domach towarowych, że bez przerwy się nam gubiła. Wtedy zaczynało się szukanie. Chwilami gubiłam ich wszystkich i oczywiście myślałam wtedy, żeby prysnąć. Od razu wykapowałam, że w Hamburgu na Monckebergstrasse zbierają się ćpuny. Wystarczyło, żebym wyszła z domu towarowego, zaczepiła paru typów wyglądających na ćpunów i już. Ale jakoś tak nie mogłam. Bo w ogóle nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę. Mimo, że powiedziałam sobie: Wolę zdechnąć w jakimś sraczu, niż napalać się tylko na kupowanie i domy towarowe, jak ci moi. Jakby tak podszedł do mnie jakiś ćpun i zagadał, to chybabym poszła. Ale tak właściwie to nie chciałam uciekać. Dlatego mówiłam tym moim parę razy: Słuchajcie, ja już nie mogę. Odwieźcie mnie do domu i przyjedziecie sobie potem z powrotem sami. Normalnie patrzyli na mnie jak na wariatkę. Bo takie świąteczne zakupy to dla nich prawdopodobnie najszczęśliwszy dzień w roku. Wieczorem nie mogli znowu znaleźć samochodu. Lataliśmy po parkingu z jednego poziomu na drugi i nic. Dla mnie ta sytuacja była nawet fajna, bo nagle coś zaczęło nas łączyć. Gadaliśmy jeden przez drugiego, każdy miał inny pomysł, ale nareszcie wszyscy mieliśmy wspólny cel: chcieliśmy znaleźć ten cholerny wóz. Różniłam się od nich tylko tym, że dla mnie to wszystko było zabawne i bez przerwy chciało mi się śmiać, a oni byli coraz bardziej spanikowani. Zaczęło się robić coraz zimniej i wszyscy dygotali. Tylko mnie to zimno nie bardzo brało, bo mój organizm nie takie rzeczy już znosił. W końcu ciotka stanęła w wejściu do domu towarowego, gdzie jest nawiew ciepłego powietrza, i nie chciała się ruszyć na krok. Wujek musiał ją siłą wyciągać spod tego ciepłego prysznica. Potem udało nam się wreszcie znaleźć ten samochód i wszyscy się śmiali. W drodze powrotnej było mi bardzo dobrze. Czułam się jak w prawdziwej rodzinie, której byłam przecież w końcu częścią. Zaczęłam się troszkę dostosowywać. W każdym razie starałam się. Trudno było. Przy każdym zdaniu musiałam niesamowicie uważać na to, co mówię. Bez przerwy. Jak mi się czasem wymknęła jakaś „cholera”, to babcia zaraz mówiła: - Takie ładne dziecko, a jak brzydko się wyraża. - Łatwo wtedy wywiązywała się niepotrzebna dyskusja, bo uważałam, że mi się głupio wcinają. A na koniec zaczynałam się wściekać. Przyszło Boże Narodzenie. Pierwsza Wigilia od dwóch lat, którą znowu świętowałam przy choince. Ostatnie dwie Wigilie spędziłam z ćpunami poza domem. Nie wiedziałam, czy mam się cieszyć z drzewka. Ale postanowiłam jakoś się sprężyć i pokazać przynajmniej, że się cieszę z prezentów. A potem naprawdę się z nich cieszyłam. Jeszcze nigdy nie dostałam tylu prezentów na Gwiazdkę. Ale i tak w którymś momencie przyłapałam się na tym, że kalkuluję, ile to wszystko mogło kosztować i przeliczam na ćwiartki. Ojciec też przyjechał na święta. Jak zwykle nie usiedział długo w domu. W oba świąteczne wieczory był ze mną w takiej beznadziejnie porządnej dyskotece. Za każdym razem wlewałam w siebie sześć czy siedem coli z rumem i kimałam na barowym stołku. Ojciec był cały szczęśliwy, że zaczynam chlać. A ja powiedziałam już sobie: Kiedyś tam przyzwyczaisz się do tych wsiowych smarkaczy i do tych ich dyskotek..


» 19:48, 2008.02.21
Rozdzial XLII..


"My,Dzieci z Dworca Zoo"

ROZDZIAL XLII

MATKA CHRISTIANE

Przez cały dzień z trudem udawało mi się panować nad sobą. W drodze powrotnej do Berlina wypłakałam z siebie całe napięcie ostatnich tygodni. Byłam smutna, ale jednocześnie czułam ulgę. Smutna, bo musiałam oddać Christiane. Ulżyło mi dlatego, że w końcu oderwałam ją od heroiny. Nareszcie przynajmniej raz w życiu miałam pewność, że zrobiłam dobrze. Co najmniej od czasu niepowodzenia z leczeniem w Narkononie zrozumiałam, że Christiane ma jakieś szansę przeżycia tylko wtedy, jeśli znajdzie się gdzieś, gdzie nie ma heroiny. Kiedy mieszkała z ojcem, a ja przez ten czas uspokoiłam się trochę i nabrałam dystansu do sprawy, coraz jaśniej zaczęło do mnie docierać, że w Berlinie Christiane całkiem zejdzie na psy. Wprawdzie mój były mąż zapewniał mnie, że Christiane przestała już cokolwiek brać, ale nie byłam już taka łatwowierna. Nigdy bym nie przypuszczała, że mogę się jeszcze bardziej bać o życie Christiane niż dotychczas. Ale po śmierci Babsi, jej koleżanki, nie miałam już ani jednej spokojnej chwili. Z miejsca chciałam wysłać Christiane do krewnych w Niemczech zachodnich. Ale jej ojciec mi przeszkodził. Ponieważ Christiane teraz z nim mieszkała, załatwił sobie tymczasowe uprawnienia opiekuńcze z prawem decydowania o miejscu pobytu córki. Moje prośby na nic się zdały. Nie chciał zrozumieć. Może dlatego, że nie miał za sobą moich doświadczeń. A może nie chciał się przyznać do porażki. W tym też czasie przesłano mi akt oskarżenia przeciwko Christiane. Miała mieć proces o naruszenie ustawy o środkach odurzających. Pani Schipke z działu narkotyków uprzedziła mnie o tym telefonicznie. Na pocieszenie powiedziała, że nie mam co sobie robić wyrzutów z powodu Christiane. Każdy narkoman sam przecież decyduje o tym, co robi. Dodała, zezna wielu narkomanów z dobrych rodzin. Oni też mają stanąć przed sądem. Nie powinnam się zadręczać. Byłam nieprzyjemnie zaskoczona, że w akcie oskarżenia jednym z dowodów przeciwko Christiane jest paczuszka heroiny, którą znalazłam kiedyś u niej w pokoju. Ze zdenerwowania zadzwoniłam wtedy do pani Schipke. Kiedy pani Schipke obłudnie poprosiła, żebym przesłała jej tę paczuszkę do analizy, to oczywiście nawet przez myśl mi nie przeszło, że zostanie to kiedyś wykorzystane przeciw Christiane. Schipke powiedziała nawet: - Proszę nie pisać nadawcy, wtedy nic nie będzie można udowodnić. Nie wydaje mi się słuszne, żeby młodzi ludzie, tacy jak Christiane, dostawali wyroki z powodu swojego nałogu. Christiane nic nikomu nie zrobiła. Niszczyła tylko samą siebie. Kto może za to sądzić? Nie mówiąc o tym, że jak wiadomo, jeszcze żaden narkoman się w więzieniu nie wyleczył. Akt oskarżenia był dla mnie jeszcze jednym powodem, żeby wysłać Christiane do Niemiec zachodnich. Nagle zrobiłam się zdecydowana jak nigdy. Poszłam do sądu opiekuńczego i szczegółowo wyjaśniłam im całą sytuację. Po raz pierwszy ktoś w urzędzie uważnie mnie wysłuchał. Kompetentny w tych sprawach pracownik socjalny, pan Tillmann, również uznał, że Niemcy zachodnie będą najlepszym miejscem dla Christiane. Obiecał też zająć się sprawą miejsca w ośrodku terapeutycznym, ponieważ trudno przewidzieć, ile potrwa ponowne uzyskanie przeze mnie prawa decydowania o miejscu pobytu Christiane. Na razie łatwiej mu będzie wymóc na moim byłym mężu zezwolenie na pobyt Christiane w ośrodku. Zgodziłam się z tym. To nie były puste przyrzeczenia. Widziałam, jak bardzo pan Tillmann zaangażował się w całą sprawę. Niedługo po mojej rozmowie z panem Tillmannem ni stąd, ni zowąd, w któreś popołudnie zjawiła się u mnie Christiane. Właśnie znowu wróciła z poradni. Była kompletnie wykończona, naszprycowana heroiną, mówiła coś o samobójstwie i „złotym strzale”. Najpierw postarałam sieją uspokoić i zapakowałam ją do łóżka. Potem od razu zadzwoniłam do pana Tillmanna. Przyjechał natychmiast. Wspólnie z Christiane ułożyliśmy konkretny plan: najpierw miała pójść na odtrucie do szpitala dla nerwowo chorych. Następnie miała otrzymać miejsce w terapeutycznej komunie mieszkalnej. Taką perspektywę przedstawiła jej poradnia. Poza tym pan Tillmann był w tej sprawie w stałym kontakcie z ośrodkiem terapeutycznym. Christiane na wszystko się zgodziła. Pan Tillmann błyskawicznie załatwił co trzeba. Poszłyśmy na wizytę do psychiatry i do lekarza, który wydał skierowanie. Potem pan Tillmann pojechał z tym skierowaniem do ojca Christiane I tak długo go naciskał, aż ten wyraził zgodę i mogłam zawieźć Christiane do kliniki. W dwa tygodnie później Christiane przeniesiona została do Szpitala im. Rudolfa Virchowa, gdzie mieli jej zoperować polipa. Wychodziłam z założenia, że zagrożone narkomanią dziecko wyślą z Bonnies Ranch pod nadzorem do szpitala na operację i na miejscu dalej o wszystko zadbają. A oni ją tam tylko dostawili i koniec. Reszta ich nie obchodziła. Christiane bez przeszkód mogła się stamtąd ulotnić. Byłam bardzo rozżalona z powodu tego niedbalstwa, które mogło wszystko popsuć. Po tej sprawie straciłam resztę wiary w instytucje. Tylko ty sama możesz pomóc swojemu dziecku, powiedziałam sobie. Pan Tillmann starał się mnie jakoś podtrzymać na duchu. Do niego miałam zresztą nadal zaufanie. Na szczęście Christiane niedługo wróciła. Już następnego dnia wieczorem przyszła się do mnie wypłakać. Mówiła, że tak jej przykro z powodu tego wszystkiego. I, że znowu wstrzyknęła sobie heroinę. Nie skrzyczałam jej nawet. Nie było już we mnie agresji. Jakże często dotąd z rozpaczy, że nie mogę jej pomóc, wyładowywałam na Christiane całą moją wściekłość. Teraz, kiedy do mnie przyszła, objęłam ją ramieniem i w spokoju ze sobą rozmawiałyśmy. Christiane koniecznie chciała w dalszym ciągu realizować ten plan, który ułożyliśmy z panem Tillmannem. Powiedziałam, że dobrze, będziemy, ale dałam jej jasno i otwarcie do zrozumienia, że jeśli jeszcze raz narozrabia, to nieodwołalnie wysyłam ją do Niemiec zachodnich. Bardzo to sobie wzięła do serca i dała mi słowo honoru. Przez następne dni regularnie chodziła do poradni. Rzeczywiście uczepiła się tej perspektywy leczenia. Czasami całe godziny czekała na swoją kolejkę w poradni. W domu siadała i pisała życiorys potrzebny do dokumentów. Wszystko wyglądało bardzo pięknie. Miejsce było już prawie pewne. Ustalono już, która komuna terapeutyczna ją przyjmie. Rozmawiałyśmy nawet o tym, że na Boże Narodzenie nie będzie mogła wrócić do domu. Bo to był już początek listopada. Jej ojciec też już zrozumiał bezskuteczność swoich starań i nie robił trudności. Naprawdę coś tam się już zaczynało rysować na horyzoncie. I akurat wtedy Christiane dostała drugi raz żółtaczki. W ciągu jednej nocy gorączka podskoczyła jej do czterdziestu jeden stopni. Następnego dnia zawiozłam ją do kliniki Steglitz. Christiane była żółta jak cytryna. Ledwie trzymała się na nogach i z trudem wlokła się przez korytarz. Po zbadaniu lekarka powiedziała, że Christiane ma przekrwienie bierne wątroby w wyniku nadużywania narkotyków. I, że niestety, ale nie mogą jej tu przyjąć, bo w tej klinice nie ma oddziału zakaźnego. To nie była prawda. Mają taki oddział na dwadzieścia pięć łóżek. Tak naprawdę, to nie chcieli mieć w klinice narkomanów. Tyle, że lekarka załatwiła nam przynajmniej przyjęcie w Szpitalu im. Virchowa na następny dzień. Po paru dniach Christiane znowu miała normalny kolor skóry. Wkrótce znowu była pełna wigoru i cieszyła się, że idzie na leczenie. Jej opiekun z poradni dla narkomanów przy politechnice nawet ją odwiedzał. Wspólnymi siłami podtrzymywaliśmy ją w jej zamiarach. Byłam zdecydowanie dobrej myśli, jak rzadko. Aż do dnia, kiedy Christiane odwiedziła jej przyjaciółka Stella. Mimo, że usilnie prosiłam siostrę oddziałową, by dla dobra Christiane nikogo do niej nie wpuszczali pod moją nieobecność, chyba, że to będzie ktoś z poradni dla narkomanów. Popełniłam jednak niewybaczalny błąd przyprowadzając raz Detlefa. Christiane tak bardzo sobie tego życzyła. Detlef wyszedł warunkowo z więzienia. W więzieniu przeszedł odtrucie. Też udało mu się dostać miejsce w jakimś ośrodku terapeutycznym. Uważałam, że należy im się spotkanie. W końcu nie byli sobie przecież obojętni. Pomyślałam jeszcze, że może jakoś umocnią się nawzajem w postanowieniach, jak będą wiedzieli, że to drugie też idzie na leczenie. Jaka ja wtedy byłam naiwna. Christiane od razu urwała się na całe popołudnie ze szpitala. Kiedy przyszłam do niej po pracy, właśnie dopiero co wróciła. Widziałam po niej, że coś sobie wstrzyknęła. Samo to nawet by mną tak może nie wstrząsnęło. Ale jak zaczęła mi wmawiać, że poszła tylko na spaghetti, czyli znowu kłamstwa, nogi się pode mną ugięły. Poprosiłam siostrę oddziałową, żeby mi pozwoliła zostać z Christiane. Chciałam zapłacić za łóżko. Powiedziała, że to niestety niemożliwe. I, że na przyszłość sama już będzie uważać. W trzy dni potem, kiedy znowu przyszłam po pracy w odwiedziny, siostra wyszła mi naprzeciw i oznajmiła: - Pani córki nie ma. - No tak, a mogę wiedzieć, gdzie jest? - zapytałam. - Tego nie wiemy. Dostała zezwolenie na wyjście do parku i nie wróciła ze spaceru. Trudno mi opisać, jak się wtedy czułam. W domu położyłam się w dużym pokoju przy telefonie. Wieczorem, dwadzieścia po jedenastej, zadzwonili ze szpitala, że Christiane wróciła. Obojętność pielęgniarek była oburzająca. One uważają tak: Jak chce uciekać, to niech ucieka. Jej sprawa. Miałyśmy tu wystarczająco dużo narkomanów. Oni przecież wszyscy uciekają. Dokładnie tak właśnie ze mną rozmawiały, jak następnego dnia zaczęłam robić im wyrzuty. Lekarka też się tym za bardzo nie przejęła. Oświadczyła mi tylko, że nie ma już teraz na nic wpływu. Jeśli Christiane jeszcze raz złamie regulamin, trzeba ją będzie zwolnić za brak zdyscyplinowania. I, że punkcja wątroby wykazała, że jak nie skończy z nałogiem, to pożyje najwyżej do dwudziestki. Obiecała przemówić jej do rozsądku. Nic więcej nie może w tej sprawie zrobić. Następnego wieczora telefon ze szpitala, że Christiane znowu gdzieś wyszła. Całą noc spędziłam na leżance przy telefonie. Christiane nie wróciła. Zniknęła na dwa tygodnie i nie dawała znaku życia. Pierwsze dwa-trzy dni szukałam jej razem z moim przyjacielem. Zwykła trasa przez dyskoteki i dworce metra. Potem musiałam zabrać jej rzeczy ze szpitala. Jak przyszłam do domu z jej torbą i zaczęłam wypakowywać książki i wszystkie szpargały, które jej naprzynosiłam do szpitala, to po raz pierwszy przyszedł taki moment, że powiedziałam sobie: Dobrze, w takim razie niech się z nią dzieje, co chce. Powiedziałam sobie: W porządku, jak tak, to niech się sama martwi. Przestaję jej szukać. Byłam niesłychanie wzburzona. Chciałam, żeby poczuła, że moja cierpliwość się wyczerpała. Inna sprawa, że nie wiadomo, jak długo bym z tym wytrzymała. W najbliższym komisariacie zgłosiłam jej zaginięcie i zostawiłam policjantom jej fotografię. Już oni ją przydybią w jakiejś obławie. Miałam zamiar wsiąść wtedy z Christiane w pierwszy samolot i odtransportować ją do Niemiec zachodnich. Po dwóch tygodniach, w któryś poniedziałek rano, dzwonią do mnie z komisariatu Friedrichstrasse. Ten policjant, który dzwonił, był niezwykle miły. Mimo, że Christiane strasznie u nich rozrabiała. Poprosiłam, żeby ją przetrzymał i, a ja wczesnym popołudniem przyjdę ją odebrać i zaraz odstawię ją samolotem do RFN. Zarezerwowałam dwa bilety. Dla siebie powrotny, w jedną stronę dla Christiane. Kiedy to mówiłam, poczułam w sercu ukłucie. Potem zadzwoniłam do krewnych. Po południu wszystko było już załatwione. Idąc na policję wzięłam jeszcze ze sobą mojego przyjaciela. Pomyślałam, że jak będziemy we dwójkę, to nam nie ucieknie z samochodu. Christiane nie odezwała się nawet słowem. Ja też nic nie mówiłam. Nie byłam w stanie. Na lotnisku kolana mi drżały, serce czułam aż w gardle. Christiane dalej nic nie mówiła. W ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Aż do odlotu siedziała w milczeniu w fotelu, obgryzała paznokcie i czytała książkę, którą wzięła ze sobą. Ani przez chwilę nie próbowała uciekać. Odetchnęłam dopiero, jak już siedziałyśmy w samolocie. W czasie startu Christiane patrzyła przez okienko. Było już ciemno. Powiedziałam do niej: - Skończyło się. Rozdział pod tytułem „narkotyki” jest już zamknięty. Jedziesz do ciotki Evelyn. Mam nadzieję, że tam już naprawdę zaczniesz nowe życie..


» 18:41, 2008.02.19
Rozdzial XLI..


"My,Dzieci z Dworca Zoo"

ROZDZIAL XLI

Następnego dnia zaraz rano poszliśmy na pchli targ. Jak mi się jakiś łach podobał, to najpierw przymierzał Detlef, a potem ja. Chcieliśmy kupić tylko takie rzeczy, które możemy nosić oboje, żeby w razie potrzeby się wymieniać. W końcu kupiłam starą czarną kurtkę z królików, w której Detlef bardzo przyjemnie wyglądał. Potem kupiliśmy jeszcze perfumy, zegar z pozytywką i parę innych rupieci. Nie udało nam się wydać całej forsy, bo nie mogliśmy się zdobyć, żeby kupować bez pojęcia jakieś drogie gówno. Ledwie wróciliśmy do mieszkania Rolfa, przyszedł Piko. Detlef powiedział, że jeszcze dzisiaj nic nie brał i, że musi sobie władować, zanim się rozliczy. Oczywiście to nie była prawda, bo jak zwykle władowaliśmy sobie zaraz, jak tylko wstaliśmy. Detlef miał cykora przed tą całą szopką z Piko. Piko powiedział „okay” i zabrał się do czytania mojego dreszczowca. Detlef władował sobie pół grama i od razu zasnął, nawet nie zdążył wyjąć igły z żyły. Nawet się nie zdziwiłam, że kima, bo przecież całkiem niedawno walnął sobie też z pół grama. Wyciągnęłam mu igłę z przedramienia, bo wkurwiło mnie, że tak po prostu ją zostawił, chociaż wiadomo, że krew krzepnie w igle i wtedy nie ma jej potem jak wyczyścić. W dodatku to nasza ostatnia strzykawka. Kiedy potem przecierałam mu ślad po igle watką z alkoholem, zauważyłam, że w ogóle nie czuję oporu. Jak mu podniosłam rękę, to opadła kompletnie bezwładnie. Zaczęłam potrząsać Detlefem, żeby go obudzić. Wtedy zsunął się bezwładnie z fotela. Twarz miał popielatą, wargi sine. Rozerwałam mu koszulę i próbowałam posłuchać, czy bije serce. Ale nic nie słyszałam. W majtkach i w koszuli wyleciałam na korytarz. Piko krzyknął za mną: - Nie rób żadnych numerów! - Zadzwoniłam do drzwi jakiejś rencistki i powiedziałam jej, że muszę natychmiast zawiadomić policję. Dzwonię do glin i mówię: - Mój chłopak nie oddycha. Przedawkował. - Podałam glinom adres, a tu wpada Piko i wrzeszczy: - Zostaw, już jest przytomny. - No to ja do gliniarza: - Nie, już nie trzeba. Fałszywy alarm. -1 odłożyłam słuchawkę. Detlef leżał na plecach i oczy miał otwarte. Piko zapytał, czy gadałam coś przez telefon o narkotykach i czy podałam adres. Ja na to: - Nie, niezupełnie. Chyba nie skapowali, o co chodzi. Piko powiedział: - Jesteś głupia, zasrana histeryczka. - Zaczął się strasznie śpieszyć, bił Detlefa po twarzy i kazał mu natychmiast wstawać. Powiedziałam, żeby zostawił go w spokoju. Wtedy się rozdarł na mnie: - Stul mordę, głupia krowo, i przynieś wody. - Kiedy wróciłam z kuchni, Detlef stał już o własnych siłach i Piko coś mu klarował. Niesamowicie się ucieszyłam, że już może stać, i chciałam go objąć. Wtedy Detlef normalnie mnie odepchnął. Piko spryskał mu twarz wodą i powiedział: - Chodź, mały, musimy iść. Detlef dalej był zupełnie popielaty na twarzy i ledwie trzymał się na nogach. Powiedziałam mu, żeby się położył. Piko wrzasnął znowu: - Stul mordę! - A Detlef: - Nie mam czasu. - Piko podtrzymywał Detlefa i wyszli razem z mieszkania. W ogóle już nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Cała się trzęsłam. No bo przez chwilę autentycznie myślałam, że Detlef nie żyje. Położyłam się do łóżka i próbowałam skupić się nad swoim dreszczowcem. Wtedy ktoś zadzwonił do drzwi. Wyjrzałam przez judasza. Gliny. Kompletnie straciłam głowę. Zamiast prysnąć przez okno, otworzyłam drzwi. Powiedziałam, że to ja do nich dzwoniłam, że mieszkanie należy do jednego pedała, który właśnie wyjechał. I, że dzisiaj rano przyszło jakichś dwóch młodych chłopaków, wstrzyknęli sobie coś w ramię, jeden z nich upadł, no i właśnie wtedy zadzwoniłam na policję. Gliniarze chcieli się dowiedzieć, jak się ci chłopcy nazywali i jak wyglądali, na to ja coś tam im naplotłam. Spisali moje dane. Za chwilę mieli już odpowiedź z komisariatu i jeden z nich powiedział: - No to pójdziesz z nami. Jest meldunek o twoim zaginięciu. Gliniarze byli całkiem przyjemni. Pozwolili mi zapakować do plastikowej torby dwa dreszczowce i napisać do Detlefa list. Napisałam mu: Kochany Detlefie, jak się pewnie domyślasz, właśnie wpadłam. Dalsze wiadomości później. Całuję gorąco. Twoja Christiane. Przykleiłam to taśmą do drzwi mieszkania. Najpierw zabrali mnie na komisariat Friedrichstrasse, a potem do aresztu zbiorczego. Wsadzili mnie tam do takiej celi jak z westernu. Autentycznie same kraty zamiast ścian. Drzwi zrobione z prętów zamykały się z takim samym hukiem, jak u szeryfa z Dodge City, klucz w zamku też zgrzytał tak samo. Stałam tak, rękami trzymając się prętów, i dosyć nieswojo się czułam. Nie chciałam się zastanawiać, jak bardzo nieswojo, więc położyłam się na pryczy i zasnęłam, bo byłam dosyć przymulona. Potem przynieśli mi naczynie na mocz do analizy i kubełek do podstawienia, żebym nie obsiusiała podłogi. Każdy, kto przechodził, mógł sobie elegancko zobaczyć, jak sikam. Cały dzień nie dostałam nic do jedzenia ani do picia. Gdzieś tak wieczorem przyszła moja mama. Najpierw przeszła obok kraty i nawet na mnie nie spojrzała. Widać miała coś najpierw do załatwienia z gliniarzami. Potem otworzyli drzwi do celi, mama powiedziała „dobry wieczór” jak do kogoś zupełnie obcego i wzięła mnie bardzo silnie pod rękę. W samochodzie czekał Klaus, facet mojej mamy. Mama normalnie wepchnęła mnie do wozu i siadła obok. Nikt się nie odzywał. Klaus widać pobłądził, bo pruliśmy przez cały Berlin. Pomyślałam: Cymbały, nawet nie potrafią dojechać do Kreuzberg. Kiedy podjechaliśmy do stacji benzynowej, powiedziałam do mamy, że jestem głodna i czy by mi nie kupiła ze trzech batonów z wiórkami kokosowymi. Wysiadła i kupiła, co chciałam. Po drugim batonie zrobiło mi się niedobrze. Klaus musiał się zatrzymać, żebym mogła zwymiotować. Pojechaliśmy na autostradę północną i już wiedziałam, że nie jedziemy do domu. Myślałam, że może do zakładu i, że niedługo stamtąd prysnę. Potem zobaczyłam tablicę Port lotniczy Tegel i pomyślałam: No nie, to już szczyty. Chcą cię wywieźć z Berlina.. Wysiedliśmy na lotnisku. Mama od razu złapała mnie znowu pod ramię. Wtedy odezwałam się po raz drugi od chwili naszego spotkania: - Może byś mnie tak łaskawie puściła. - Powiedziałam to bardzo powoli, akcentując każde słowo. Przestała mnie trzymać, ale cały czas była tuż przy mnie. Klaus ubezpieczał z tyłu i też był czujny. Byłam jakaś taka bezwolna. Myślałam: Niech robią, co chcą. Ze mną i tak nic już im nie wyjdzie. Tak się wtedy czułam. Kiedy mama prowadziła mnie do wyjścia, nad którym był napis Hamburg, rozejrzałam się jednak, czy nie dałoby się jakoś prysnąć. Ale byłam za bardzo bezwolna, żeby próbować. Hamburg. Strasznie mnie to trzasnęło. W takiej dziurze, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od Hamburga, mieszkała moja babcia, wujek z ciotką i moim ciotecznym bratem. Uważałam ich za ostatnich kołtunów. Dom taki wylizany, że normalnie nie do życia. Ani pyłka. Nieraz godzinami łaziłam tam po mieszkaniu na bosaka, a wieczorem miałam takie czyste nogi, że nawet nie musiałam ich myć. W samolocie udawałam, że czytam swojego dreszczowca. Nawet zmęczyłam parę stron. Mama dalej milczała jak kamień. Nawet mi nie powiedziała, dokąd mnie transportuje. Kiedy stewardesa wypowiedziała tę swoją formułkę: „Mam nadzieję, że lot był dla państwa przyjemny”, zauważyłam, że mama płacze. Potem zaczęła niesamowicie szybko mówić, że zawsze chciała tylko mojego dobra i, że ostatnio jej się śniło, że leżę nieżywa w jakiejś toalecie, nogi powykręcane, wszędzie naokoło pełno krwi, bo jakiś handlarz mnie zamordował i musiała mnie identyfikować. Zawsze mi się zdawało, że mama ma jakieś zdolności parapsychologiczne. Kiedy wieczorem mówiła „Dziecko, zostań w domu, mam złe przeczucia”, to od razu albo ładowałam się w jakąś obławę, albo ktoś mnie wyrolował czy inne jakieś afery. Od razu przypomniał mi się Piko, że go zrobiliśmy w jajo, i ci jego kumple alfonsy. Pomyślałam sobie, może rzeczywiście mama uratowała mi życie. Dalej się już nie zastanawiałam. Nie chciałam po prostu. Od czasu nieudanego „złotego strzału” w ogóle nie chciałam się już nad niczym zastanawiać. Na lotnisku w Hamburgu poszłam z ciotką, która po nas przyjechała i z mamą do restauracji, bo mama miała wracać zaraz następnym samolotem. Zamówiłam florida-boy*. Nie mieli na tym zakichanym lotnisku. Pomyślałam sobie, co za dziura z tego Hamburga, jeśli nie mają nawet florida-boy. W ogóle nie wzięłam sobie nic do picia, chociaż suszyło mnie jak diabli. Potem mama z ciotką zaczęły mi okropnie truć. Przez pół godziny zrobiły plan całego mojego przyszłego życia. Teraz pójdę grzecznie do szkoły, znajdę sobie nowych przyjaciół, potem nauczę się jakiegoś zawodu, a jak już go będę miała, wrócę do Berlina. Takie to było dla nich proste i jasne. Przy pożegnaniu mama znowu zaczęła płakać. Zdusiłam w sobie wszelkie uczucia. To było 13 listopada 1977.




1 | 2 | 3 | 4 | 5



Szablon

Klub załozony na serwerze eBlog.pl
Grafikę&html wykonała właścicielka klubu Daria,tylko i wyłącznie na potrzeby klubu! Nie kopiowac!!!
... ... ...